Korea dopłaca firmom do krótszego tygodnia pracy. Czy 4,5 dnia pracy to przyszłość rynku?

Udostępnij:

Korea dopłaca firmom do krótszego tygodnia pracy. Czy 4,5 dnia pracy to przyszłość rynku? 

Korea Południowa przez lata była symbolem gospodarki, która pracuje długo, intensywnie i bez większego narzekania przy ekspresie do kawy. Długie godziny, nadgodziny, presja zespołu, szef wychodzący ostatni, pracownik siedzący przy biurku trochę dlatego, że ma zadanie, a trochę dlatego, że „tak wypada”. Ten model pomógł zbudować jedną z najbardziej dynamicznych gospodarek świata, ale ma też swoją cenę: zmęczenie, wypalenie i młode pokolenie, które coraz częściej mówi: dziękujemy, ale nie wchodzimy w ten układ. 

Dlatego Korea testuje coś, co jeszcze niedawno brzmiałoby tam jak biurowa fantazja z piątkowego lunchu: 4,5-dniowy tydzień pracy. I nie chodzi tylko o modny benefit na LinkedInie. Rządowy program „Work-Life Balance + 4.5” zakłada dopłaty dla firm, które skracają realny czas pracy bez obniżania wynagrodzeń. W zależności od modelu i wielkości firmy wsparcie może wynosić od 200 do 600 tys. wonów miesięcznie na pracownika, a przy tworzeniu nowych miejsc pracy nawet do 800 tys. wonów. 

Nie mniej pracy, tylko inny sposób pracy 

Koreański pomysł nie polega po prostu na tym, żeby wszyscy zamknęli laptopy w piątek o 12:00 i poszli na bingsu. Firmy mogą wybierać różne warianty: wolne piątkowe popołudnia, skrócone wybrane dni, pracę średnio 38 godzin tygodniowo albo codzienne skrócenie czasu pracy. Ważny jest cel: mniej pustego siedzenia, więcej sensownej organizacji. 

Według koreańskiego Ministerstwa Pracy do końca czerwca do programu przystąpiły już 224 firmy, czyli więcej niż planowano na ten etap. Co ciekawe, wśród uczestników są nie tylko firmy z dużych miast i biurowców z widokiem na Seul, ale też mniejsze przedsiębiorstwa oraz biznesy z regionów. To ważne, bo skrócony tydzień pracy zwykle kojarzy się z branżą technologiczną, a nie z codzienną walką mniejszych firm o ludzi. 

Niektóre przykłady pokazują, że krótszy tydzień może być także narzędziem rekrutacyjnym. Firma, która nie może konkurować wyłącznie pensją, może przyciągać kandydatów czasem, przewidywalnością i lepszym rytmem pracy. Brzmi prosto, ale na napiętym rynku talentów taki argument potrafi mieć ostre zęby. 

Kraj nadgodzin próbuje zmienić nawyk 

Największym tłem całej historii są godziny pracy. Koreańczycy nadal pracują długo na tle krajów rozwiniętych. Według najnowszych danych OECD średnia roczna liczba przepracowanych godzin w Korei wyniosła 1 833 w 2025 roku. To mniej niż kilka lat temu, ale nadal więcej niż średnia OECD, która wynosiła 1 736 godzin. 

To nie jest wyłącznie statystyka. Za tym stoją realne nawyki: zostawanie po godzinach, trudność w odmawianiu przełożonym, kultura obecności i przekonanie, że długi dzień oznacza zaangażowanie. Problem w tym, że młodsi pracownicy coraz mniej kupują tę opowieść. Dla nich nadgodziny nie są medalem za lojalność. Często są sygnałem złego planowania, chaosu w zarządzaniu albo starej kultury, która nie zauważyła, że świat już kliknął „aktualizuj”. 

Pokolenie MZ nie chce żyć w trybie ciągłego dyżuru 

W Korei często mówi się o pokoleniu MZ, czyli lokalnym połączeniu millenialsów i generacji Z. To młodzi dorośli, którzy dorastali już w innej rzeczywistości niż ich rodzice. Chcą stabilności, ale nie za cenę całego życia prywatnego. Chcą pracować, ale niekoniecznie udawać, że biuro jest drugim domem, a firmowa kolacja obowiązkowym rozdziałem kariery. 

To pokolenie mocniej pyta o sens pracy, zdrowie psychiczne, elastyczność i granice. I właśnie dlatego 4,5-dniowy tydzień pracy nie jest tylko eksperymentem organizacyjnym. Jest próbą odpowiedzi na zmianę społeczną. Jeśli firmy chcą zatrzymać młodych ludzi, muszą zaoferować coś więcej niż hasło „u nas można się rozwijać”. Rozwój bez odpoczynku szybko zamienia się w wypalenie w ładnym opakowaniu. 

Czy to się firmom opłaca? 

Największa obawa pracodawców jest oczywista: krótszy tydzień brzmi dobrze dla pracowników, ale czy nie obniży wyników? Koreański program próbuje obejść ten strach przez dopłaty i nacisk na produktywność. Firmy mają nie tylko skrócić czas pracy, lecz także zmienić procesy: ograniczyć zbędne spotkania, lepiej planować zadania, używać technologii i sprawdzać, gdzie naprawdę ucieka czas. 

To może być najciekawsza lekcja dla innych krajów. Krótszy tydzień pracy nie działa, jeśli jest tylko piątkowym prezentem. Działa wtedy, gdy firma sprząta własny bałagan: skraca spotkania, upraszcza raportowanie, usuwa bezsensowne procedury i przestaje mylić bycie zajętym z byciem skutecznym. 

Rumunia idzie w zupełnie innym rytmie 

Dla kontrastu, w tym samym czasie Rumunia pokazuje zupełnie inną twarz rynku pracy. Od 1 lipca 2026 roku płaca minimalna wzrosła tam z 4 050 do 4 325 lei brutto, czyli o 6,8%. Jednocześnie dane BestJobs wskazują, że liczba kandydatów na jedno ogłoszenie podwoiła się: z około 40 do około 80 osób na ofertę. 

To ciekawy rozdźwięk. Korea próbuje skracać czas pracy, żeby przyciągać i zatrzymywać ludzi w gospodarce zmęczonej nadgodzinami. Rumunia podnosi płacę minimalną, ale jednocześnie kandydaci mierzą się z większą konkurencją o pracę. Jeden rynek mówi: pracujmy krócej i mądrzej. Drugi pokazuje: płace rosną, ale walka o ogłoszenia robi się gęstsza. 

I tu pojawia się pytanie dla Polski. Za pięć lat bliżej nam będzie do koreańskiej rozmowy o czasie, produktywności i wypaleniu, czy do rumuńskiej walki o wyższe płace przy większej konkurencji kandydatów?